Dlaczego podatek od poczty elektronicznej jest mitem cyfrowym

14

Bezpłatny e-mail wydaje się oszustwem, ponieważ tak naprawdę jest. Zawsze ktoś płaci. Ale czy Waszyngton naprawdę może pobierać opłaty za zdjęcia psów, które wysłałeś babci? Biorąc pod uwagę, że poczta amerykańska traci pieniądze, a nagłówki gazet ogłaszają jej rychły upadek, logika ta jest kusząca. Mikroładuj 145 miliardów e-maili dziennie. Rząd zadba o działanie sygnalizacji świetlnej. Internet stanie się szybszy. Wydaje się sprawiedliwe. Prawidłowy?

To jest błędne. Panika dotycząca podatku e-mailowego jest starsza niż sam Internet. To cyfrowa reakcja łańcuchowa udająca politykę. Pomysł nie jest nowy. To remiks częściowych prawd i wirusowych lęków.

Pochodzenie podatku bitowego

Koncepcja ma korzenie pod koniec lat 90. W 1997 roku Arthur Cordell, były doradca kanadyjskiego rządu ds. IT, wpadł na pomysł podatku bitowego. Nie dotyczyło to tylko poczty elektronicznej. Za transfer danych naliczono podatek. Za każdy wysłany lub odebrany bajt? Zapłaciłeś.

Kilka lat później Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP) poparł tę ideę w swoim Raporcie o rozwoju społecznym. Oferowali określoną stawkę: jeden cent za każde 100 e-maili wysłanych dziennie.

Matematyka była przerażająco prosta. Według szacunków z 1996 r. ta niewielka opłata mogłaby wygenerować 70 miliardów dolarów. Siedemdziesiąt miliardów dolarów. Mógłbyś sfinansować wszystkie sygnalizacje świetlne w Ameryce i nadal zostałoby ci dość, by utorować drogę dla samego Internetu. Brzmiało to jak cudowne rozwiązanie dla globalnej infrastruktury.

Dlaczego tak się nie stało?

Tak się nie stało. Oczywiście. Pojawiły się przeszkody polityczne. Logistyczne koszmary. Całkowita niemożność śledzenia pochodzenia poszczególnych pakietów danych bez złamania szyfrowania. Propozycja nie uzyskała niezbędnego wsparcia, aby przetrwać przynajmniej jedno przesłuchanie w Kongresie.

Ale mit żyje. Widzimy, że odradza się ono wielokrotnie, ilekroć wyczerpią się dochody rządowe lub potrzebne będzie finansowanie infrastruktury cyfrowej. Następnie przyjrzymy się absurdalnym propozycjom. I takie, które naprawdę przerażają ekspertów.

Poczta Stanów Zjednoczonych (USPS) ponosi ogromne straty finansowe. Od dłuższego czasu traciła pieniądze w zastraszającym tempie. Częściowo ma to związek z pocztą elektroniczną. Wygoda cyfrowych skrzynek pocztowych doprowadziła do spadku wolumenu poczty o ponad 25 procent od 2010 r. Tylko w ostatnim kwartale 2012 r. agencja straciła 1,3 miliarda dolarów.

Aby zatamować krwawienie, urzędnicy postanowili zaprzestać dostarczania poczty w soboty. Z pewnością jeśli istnieje jedna organizacja, którą warto ocalić poprzez podatki, jest to USPS. Prawidłowy?

Fikcyjny rachunek 602P

Pojawia się Bill 602P. Plotki mówiły, że teoretycznie miałby nałożyć 5-centowy podatek na każdy e-mail. Pieniądze te oczywiście zostaną przeznaczone na finansowanie USPS. Nie ma znaczenia, że ​​USPS nie ma absolutnie nic wspólnego z pocztą elektroniczną.

Jednak Bill 602P nie istnieje. To internetowa miejska legenda, która wywodzi się z wersji kanadyjskiej, która szerzyła podobną retorykę. Wszystkie szczegóły dotyczące 602P są fikcyjne.

Nie przeszkodziło to mediom w zajęciu się tym tematem. W tej sprawie przesłuchiwali także osobistości polityczne. Podczas wyborów do Senatu w 2000 r. reporterka telewizyjna Marcia Cramer zapytała Hillary Clinton i Ricka Lazio o szczegóły projektu ustawy. Nic więc dziwnego, że obaj kandydaci sprzeciwili się tej sfałszowanej podwyżce.

Chociaż ta ustawa nigdy nie istniała, kryjąca się za nią historia stała się powszechnym oszustwem internetowym, które trudno całkowicie wykorzenić.

Dlaczego plotki się zakorzeniają

Nietrudno zrozumieć, jak mogła powstać taka plotka. Fałszywka wykorzystuje głośne problemy kultowej instytucji, która staje się coraz mniej aktualna. Ponadto odkąd zakupy online stały się tak popularne, stale panuje zamieszanie dotyczące sposobu, w jaki różne stany i kraje stosują podatki od sprzedaży.

Podatek od sprzedaży online i podatek od poczty elektronicznej to dwie zupełnie różne rzeczy. Ale jeśli dodać do tego szczyptę strachu i złości w ogóle na temat podatków, otrzymamy świetny przepis na mnóstwo kłótni o nic.

Ochrona prawna

Obecnie obowiązują przepisy chroniące przed tego typu podatkami. W 1998 roku prezydent Bill Clinton podpisał ustawę o wolności podatkowej w Internecie. Zabrania rządom wszystkich szczebli nakładania na konsumentów podatków, które dotyczą wyłącznie Internetu.

Obejmuje to oczywiście fikcyjne podatki od bitów i poczty elektronicznej oraz podatki od przepustowości.

Przepisy można oczywiście uchylić. Niektórzy twierdzą, że należy zmienić prawo, aby rządy mogły w końcu generować dochody z przelewów bankowych. Więc nie odkładaj jeszcze wideł. Być może nadal będziesz musiał wrzucić herbatę do morza.

Niemożliwa propozycja?

Groźba podatku internetowego wydaje się nadciągającą chmurą burzową. Ale czy uchylenie Ustawy o wolności podatkowej w Internecie naprawdę spowoduje, że zostaniesz obciążony opłatą w wysokości jednego centa za każdy gigabajt Twoich danych? Jest to hipotetyczny scenariusz, który okresowo pojawia się w pobocznych dyskusjach politycznych.

Na początku 2013 r. radny miasta Berkeley Gordon Wojniak podjął próbę ożywienia koncepcji „bitu” (podatku od bitów danych). Jego propozycja była bardzo prosta: pobierać jeden cent za każdy przesłany gigabit danych. Zasugerował także pobieranie znikomej opłaty za poszczególne e-maile. Podstawa matematyczna tych liczb jest wyjątkowo słaba. Wojniak twierdził, że przyniesie to miliardy dolarów rocznych przychodów. Prognozy te nie podlegają rygorystycznym audytom, co czyni je bardziej listą życzeń niż planem finansowym.

Zamierzone wykorzystanie tych narzędzi ujawnia logiczne luki w planie. Wojniak zasugerował przesłanie środków do United States Postal Service (USPS). Pomysł polegał na uratowaniu borykającej się z trudnościami poczty, a jednocześnie odstraszaniu spamerów. Spam opiera się na niemal zerowych kosztach wysyłania wiadomości cyfrowych. Dodaj do tego opłaty, a model biznesowy spamu upadnie. W tym teoretycznym wszechświecie USPS otrzymuje fundusze, a spam jest niszczony. Dwa ptaki na jednym ogniu.

Tyle, że ten „strzał” jest ze szkła.

Przekierowywanie podatków za korzystanie z Internetu na pocztę fizyczną nie ma sensu. To są zupełnie różne branże. Związek między nimi jest sztuczny i naciągany.

Problem z egzekwowaniem prawa

Nawet jeśli prawodawcy zignorują tę logiczną niespójność i pójdą dalej, mechanizm takiego podatku byłby koszmarem. Jak śledzić wolumen e-maili bez inwazyjnego monitorowania?

Ludzie mają zbyt wiele dróg do przejścia. Jeśli poczta e-mail stanie się droga, użytkownicy przejdą na wiadomości tekstowe. Albo przeniosą się na platformy mediów społecznościowych. Lub do zaszyfrowanych aplikacji do czatowania. Opodatkowanie jednego protokołu spowoduje po prostu przekierowanie ruchu do innego.

Aby podatek faktycznie zadziałał, zwolennicy proponują podatek liniowy dodawany do miesięcznych abonamentów dostawców usług internetowych (ISP). Płacisz bez względu na to, ile wiadomości wyślesz. Jeden czy milion – stawka jest ta sama. Jest to łatwe do wdrożenia. Dostawcy już zajmują się rozliczeniami.

Ale jest bariera. Ustawa o wolności podatkowej w Internecie obecnie zabrania stosowania takich stanowych i lokalnych podatków od dostępu do Internetu. Obowiązuje od 1998 r., a Kongres kilkakrotnie go przedłużał.

Polityczne samobójstwo

Reakcja na propozycję Wozniaka była natychmiastowa. Krytycy rozerwali pomysł na kawałki. Pogarda była powszechna.

Ustawodawcy o tym wiedzą. Próba uchylenia tego prawa byłaby politycznym samobójstwem. Wyborcy nienawidzą podatków od Internetu. Postrzegają je jako bezpośredni cios w ich cyfrowy dobrostan. Każdy polityk proponujący takie rozwiązanie zostałby prawdopodobnie usunięty, zanim projekt ustawy w ogóle trafi do komisji.

Nie ma ram czasowych na takie zmiany. Nie obserwujemy stopniowego podejścia do opodatkowania. Widzimy coś przeciwnego.

Codziennie pojawiają się nowe środki komunikacji. Krajobraz cyfrowej interakcji zmienia się pod naszymi stopami. Zanim w ogóle zaczniemy omawiać podstawę opodatkowania, sposób, w jaki się komunikujemy, ponownie się zmieni. Konkretny cel – e-mail – może stać się nieistotny.

Jeśli więc zobaczysz nagłówek ostrzegający o zbliżającym się podatku e-mailowym, weź głęboki oddech. Zagrożenie jest przesadzone. Bariery prawne są wysokie. Nie ma woli politycznej. Rzeczywistość jest znacznie mniej dramatyczna, niż sugeruje strach.